ogonki

Dodano 7 kwietnia 2013, w przemyślenia, przez podmiejski

Jest taki jeden ogon, który macha już nie psem, ale człowiekiem. Język merda nami, rzuca pojedynczymi osobami po społecznych ścianach. Ilekroć chciałoby się rozszerzyć pole językowej swobody, zaraz stają na baczność bataliony obrońców sztywności reguł.

W języku polskim, w ramach ścierania się różnych jego wewnętrznych tendencji,  na jedno z czołowych miejsc wysuwa się ostatnio temat tak zwanych ogonków. Znaczki diakrytyczne tracą na znaczeniu w pewnych obszarach komunikacji (emaile, smsy, hasła…), ale obrońcy słusznej sprawy ujmują się za nimi przy różnych okazjach.

Był już na przykład pomysł stron internetowych zawierających w swych nazwach ogonki, a to znowuż radośni językoznawcy rozpętali krótkie kampanie pro-diakrytyczne w rozmaitych mediach, a to rozszerza się od czasu do czasu mania masowych dyktand z tekstami naładowanymi hiperortografią. Nawiasem mówiąc, ileś lat po ukończeniu szkół, zacząłem się zastanawiać właśnie nad szkolnymi dyktandami, między innymi dlatego, że kontynuowałem studia humanistyczne. Na przykład takie mam spostrzeżenie nieco pytające – ile razy w życiu użyłeś owych niesamowitych słów najeżonych wyjątkami? Otóż odpowiedź równa się ZERO lub jest temu bliska. Ale nauczyciele nadal strasznie się napinają nad rozmaitymi ‚grzegrzulkami’, nie nauczając w istocie komunikatywności i zrozumiałości wypowiedzi. Tych naprawdę istotnych funkcji języka musimy uczyć się sami. Ale tu już zaczynamy nieco zbaczać w stronę tasiemcowej dyskusji o polskiej edukacji w ogóle, a ja chciałem o czym innym.

Powyższe, diakrytyczno-leksykalne pomysły, to echo ogólnego zamieszania, które jak mniemam poprzedza bardzo generalne zmiany w nieodległej przyszłości. Inną jeszcze odsłoną tego zamieszania jest pewien ciekawy trend, rozwijający się bodaj gdzieś od przełomu ostatnich wieków.

Mianowicie – często powstawały, i powstają nadal, polskie mutacje znanych obcojęzycznych marek medialnych. Jest cały zakres tytułów – od MTV Polska czy VIVA Polska, po spolszczone wersje gier komputerowych czy pisma, takie chociażby jak Newsweek Polska. Oczywiście przejściowo ma to swoje uzasadnienie – chodzi między innymi o ekspansję w określonym kontekście czasowym i kulturowym. Mamy poza tym możliwość wyboru: ktoś sobie będzie czytał i słuchał po angielsku, a ktoś inny po polsku, ewentualnie jeszcze podglądając wspomagające napisy. Docelowo jednak, im więcej ludzi pozna już język będący obecnie obcym, wystarczy promocja i wydawanie anglojęzycznej wersji.

Rzeczywistość językowa zmierza bowiem, powoli acz nieuchronnie, do coraz większej prostoty i eliminowania zbędników. W przekroju wieków, po kolei ginęły rozmaite dialekty i gwary. Obecnie również co i raz słychać, że znikają – jak niegdyś gatunki zwierząt – kolejne języki w różnych częściach świata. Umierają ostatni ich użytkownicy. Na to nakłada się ekspansja takich gigantów, jak hiszpański, angielski czy mandaryński.

Język polski zawsze silnie ulegał obcym wpływom, jednocześnie zachowując tożsamość i po swojemu się rozwijając. Jako ogólnopaństwowe i ogólnonarodowe narzędzie komunikacji, całkiem pokaźnie wyrósł, zjadając swoje bardzo lokalne odmiany. W wyniku różnych, czasem przeciwstawnych i zupełnie pokręconych, w każdym razie długotrwałych procesów, najbardziej skomplikowała się nasza odmiana rzeczowników i czasowników oraz ortografia. I tu wracamy do poruszonych wcześniej ogonków.

Szykują się znaczne zmiany. Jedni czekają na to, aż naturalnie nastąpią, inni walczą o ich usankcjonowanie i zdynamizowanie. Dyskusje na ten temat to już nie tylko niwa specjalistycznych pism filologicznych i językoznawczych instytutów. Zagadnienie dostrzegają „zwykłe”, całkiem poczytne pisma i inne popularne media. Tam poważny ton naukowej dyskusji często jeszcze zastępowany jest przez klimat intrygującej ciekawostki, ale w każdym razie poglądy są jakoś prezentowane.

Z jednej strony mieliśmy dobrych kilka lat temu okazję między innymi na łamach tygodnika Wprost zaobserwować pewien eksperyment. Przedstawiono grupę tekstów, w których na przykład „ch” zastąpiono przez „h” lub poucinano znaki diakrytyczne. Nie było zasadniczych problemów ze zrozumieniem tych wypowiedzi. Niedawno z kolei nagła kampania purystów i tradycjonalistów naskoczyła w publicznych rozgłośniach radiowych i telewizyjnych na pozorną łatwiznę, jakiej ulegają użytkownicy mediów elektronicznych. Kazano dziennikarzom i piosenkarzom tworzyć krótkie teksty, które po odcięciu ogonków stały się zabawne i nieco chwilami zagadkowe. Bardzo to było na siłę robione, zarówno mam na myśli poprzedni eksperyment, jak i nowszy. Dobierano bowiem teksty pod daną wąską tezę. Zapomniano natomiast, ze brak lub stosowanie ogonków oraz zmiany w ortografii służą w istocie tylko sankcjonowaniu zmian, które i tak język sam stosuje jako żywe naturalne narzędzie. Narzędzie istniejące w szerokim kontekście, w ramach ogólnoludzkich procesów.

Obecnie otacza nas trend technologizacji. Oczywiście, można „ekologicznie” zawrócić, ale będzie to dosłownie i w przenośni powrót na drzewo. Skoro już się wynalazło nóż i koło, wiadomo było że przyjdzie czas na energię atomową i MMSy. Podobnie z językiem – tutaj nawet jeszcze bardziej adekwatne będzie zdanie, że Skoro się powiedziało Aa, to trzeba powiedzieć Be. Czyli – skoro język polski powstał na gruzach innych języków i wchłaniał obce wpływy, kiedyś sam najprawdopodobniej zniknie, a na pewno nie będzie istniał w znanej obecnie postaci. Na ten naturalny, generalny proces nakładają się oczywiście pewne przyspieszające wymuszenia. Na przykład – język SMSów jest taki, a nie inny z powodu ograniczoności przestrzeni (maksymalna ilość znaków, mały wyświetlacz telefonu), a unikanie polskich znaków w komunikacji internetowej związane jest czasem z nieakceptującymi je, niektórymi systemami operacyjnymi i edytorami komputerowymi czy zasobami czcionek. Jednak to tylko potwierdza wyobcowanie ojczyzny-polszczyzny i konieczność reform. Nie uciekniemy od tego, nie schowamy się – będzie po prostu inaczej, ani lepiej ani gorzej niż obecnie.

Komputerowe edytory tekstów same wskazują na ortograficzne i interpunkcyjne błędy podczas pisania tekstów. Są nawet zdolne podpowiadać, w pewnym zakresie, alternatywne struktury leksykalne i gramatyczne. Możemy oczywiście narzekać, że to trochę zastępuje naukę i samokontrolę, tak jak kalkulatory tabliczkę mnożenia. Nie wszyscy też mają – jeszcze – nieograniczony dostęp do komputera.

Szczęśliwie, od wielu tysięcy lat, nie skaczemy już po drzewach i nie chowamy się w jaskiniach. Obywając się bez ogona, chodzimy po prostu na dwóch nogach. Warto zatem pomyśleć, że będziemy funkcjonować w dynamicznie zmieniającej się cywilizacji, gdzie literowe ogonki będą farsą. Poza tym językowe formy zapisu stopniowo chyba usuną się w ogóle w cień wobec prostszych dróg wpływania mózgu na rzeczywistość. Ale – nie bądźmy zbyt futurystyczni. Na razie przynajmniej domagajmy się od szkół zlikwidowania przykrego paradoksu – oto bowiem niby wszyscy umiemy czytać i pisać, przeszliśmy zmagania z „ó”, „u”, „ż”, „rz” etc., a mamy problemy ze skomponowaniem i rozumieniem kolejnych akapitów, z odpowiadaniem na proste ankiety, z wypełnianiem dokumentów, z wyrażaniem prawdziwych emocji itd. Mówmy i piszmy bez paraliżującego strachu o każdy przecinek. To samo zresztą dotyczy nauki języków obcych…

Oczywiście, niniejszy tekst może pobrzmiewać zatrważająco, jako zbyt daleko posunięta prowokacja intelektualna. Zwłaszcza dla starszych pokoleń, wychowanych na tradycji walki z rusyfikacją i germanizacją. Toż to zamach na narodową tożsamość, na największy skarb.

Niby tak – tylko że obecnie nikt nas do niczego nie zmusza. Płyniemy własnym rytmem i możemy swobodnie monitorować sytuację. Jej rozwój przebiegnie być może inaczej, niż to nakreśliłem. W każdym razie, nie można na siłę powstrzymywać zmian, co najwyżej uważać, by nie zapanował chaos.

Przecież sensowne otwarcie – również języka – na anglosaską dynamikę kulturową i cywilizacyjną będzie dla nas szansą (a nawet już jest). Kraje z tego właśnie kręgu (plus uzupełniające trendy z Azji i Ameryki Łacińskiej), jeszcze długo będą decydować o obliczu międzynarodowej polityki, ekonomii, twórczości artystycznej i innych wymiarach również naszej osobowości. Wnosząc rodzime wartości i dokonania, możemy współtworzyć z anglosaskim światem coś istotnego, włączając się wreszcie w główny nurt. Jego elementy adaptowałyby się szybciej, gdyby nie zbytnio defensywne obostrzenia językowe.

Tymczasem Polacy pchają się tam drzwiami i oknami. Znają język angielski i stopniowo też zaczną po angielsku myśleć.

Kiedyś śmialiśmy się – i czasami śmiejemy się nadal – ze zniekształcania naszej mowy przez przyjezdnych z USA czy Wielkiej Brytanii. Ale w istocie jest to śmiech podszyty nerwowością. Czuć w nim, z jednej strony, zakłopotanie chropowatością i anachronicznością polszczyzny. Sami mamy już po dziurki w nosie niejasnych reguł oraz wyrażeń wytworzonych w poprzednich dziesięcioleciach i wiekach.

Z drugiej strony – ów śmieszek uwidacznia zaskoczenie brakiem kompleksów u obcych. Śmiało nakładają oni angielskie struktury składniowe i leksykalne na kaleczony w ich ustach polski język, nie wahają się popełniać błędów i pokazywać, że i tak wiedzą, iż to właśnie ich słownictwo i ich wizja przyszłości pozostaną na topie.

Wcale nie chodzi o to, byśmy popadali w kompleksy, wyskakiwali przed szereg i z marszu właśnie teraz reformowali na siłę rzeczywistość. Język polski, w obecnej postaci i ze swoją historią ma bezsprzeczne funkcje i zalety, jest emanacją kultury i częścią naszej osobowości. Jednak nie możemy być jego niewolnikiem – ma on nam pomagać, a nie przeszkadzać.

 

Mający się ku końcowi wpis, pozwolę sobie spuentować potrójnie i „na bogato”.

I

Kilka banałów:

A. Niniejszy tekst powstał grzecznie, z użyciem tak zwanej literackiej, a raczej ogólnej – polszczyzny. Słabo już jednak zrozumiałej dla Reja czy Kochanowskiego, a nawet dla rodaków z końca osiemnastego wieku.

B. Tuż obok, za rogiem, znajdę kilka innych obiegów języka i kultury, natykając się na rozmaite środowiska i pokolenia. Niby mówi się wszędzie tam po polsku, ale porozumienia brak.

C. Oczywiście angielski również ma swoje poziomy komplikacji i niekonsekwencji. Zapewne sam jeszcze się zreformuje i uprości, krok po kroku. Tymczasem jednak pozostaje godnym następcą łaciny i francuszczyzny w ich uniwersalizmie.

II

W ramach postscriptum – historyjka mediowa:

Usłyszałem kiedyś w radiu, zresztą dość przypadkowo, rozmowę Pani Redaktor z pewnym Znanym Językoznawcą. Zdaje się, było wo w cyklu krótkich dialogów o poprawności w polszczyźnie. Pan Profesor, po krótkim ogólnym wstępie, zaczął nagle atakować tłumacza i dystrybutora filmu rysunkowego „Iniemamocni”, który właśnie wchodził na ekrany polskich kin. Chodziło przede wszystkim o tytuł – po angielsku brzmiał „Incredibles”. Litera „I” była na kombinezonach bohaterów, więc tłumacze sprytnie wymyślili słówko, które w polskim języku wprawdzie nie istnieje, ale nawiązuje do znanego kulturowego zwrotu.  Ale Panu Językoznawcy się to nie spodobało. Początkowo myślałem, że żartuje, bo w końcu to tylko rysunkowy filmik, a jego tytuł zabawny i niegroźny. Jednak zapalczywość Znanego Profesora rosła i na końcu jego wypowiedzi okazało się, że wymyślone przez owych tłumaczy słówko zagraża podstawom języka, że kategorycznie powinno się wymyślić coś poprawnego, że to ogromne nieporozumienie i skandal. Brakowało jedynie złożenia formalnego wniosku o zdjęcie filmu z ekranów.

Panie profesorze – czas się obudzić. Kreatywność użytkowników języka i wchodzenie doń nowych sformułowań oraz nowych struktur chyba przerastają skostniałe rozumowania zaśniedziałych pseudomędrców.

III

I troszeczkę poetyckiej prozy, gdzieś zasłyszanej:

- Zobaczmy, co tak naprawdę z nas wynikło. Jaką jesteśmy częścią elektronicznego spektaklu. Nasz mózg to przecież twór elektrycznie neuronowy. I tylko jego czysta myśl może nas unieść w przyszłość. Komunikacja stanie się naprawdę bezpośrednia. Przekraczamy już teraz bariery odległości, likwidujemy kable, estetyzujemy się w minimalizmie. Dzięki temu ulegną likwidacji rozmaite przeszkody, narzędzia jak język ograniczający wyobraźnię. Pewnego dnia ktoś zacznie przesyłać bezprzewodowo prąd.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS